Zgodnie z obietnicą biorę na warsztat system, z którym borykam się przez ponad 10 lat. Ogólne wrażenie jest pozytywne, ale…

Wisi, panie
Linux „od zawsze” był i jest stabilnym systemem, o ile jest uruchamiany na sprawnym i dobrze obsługiwanym sprzęcie. Nowsze wersje jądra tego systemu (od 3.6 w górę, nie jestem pewien, czy błąd ten usunięto w najnowszych wydaniach) mają jednak poważny błąd, który sprawia, że niektóre procesy potrafią zawiesić cały system. Tak, cały, włącznie z obsługą procesów i pamięci, gdyż występuje jakieś zakleszczenie transakcji. Taką sztuczkę potrafi zrobić Firefox przy pobieraniu plików (wygląda to tak, jakby system zawieszała animowana ikonka od pobierania plików), to samo umie zrobić Spotify. Skutek?
System wisi do czasu ubicia procesu, który zawieszał kernel. W tym czasie w logu powstają takie ciekawostki:

INFO: task kworker/1:1:... blocked for more than 120 seconds.

Błąd ten pojawia się w nowszych wersjach jądra, jest dość dokuczliwy i mam wrażenie, że nikomu nie chce się tego usuwać. Jako żywo przypomina to dawne problemy z Windows NT przy niektórych sterownikach ATI. Tutaj jednym z katalizatorów błędu jest obecność chipsetu firmy Nvidia. Jak to wygląda w praktyce? O, tak:
blad

Ostatnie dobre wrażenie
… sprawiał system Ubuntu 10.10. Moim zdaniem była to najlepiej dopracowana wersja tego systemu ever, wszystko dobrze mi działało. Potem wróciłem do 10.04 ze względu na dłuższe wsparcie. Kolejne wersje Ubuntu były fatalnie niedopracowane pod kątem interfejsu użytkownika. Nie wiem dlaczego twórcy Unity nie zaprezentowali alternatywnego interfejsu, który odpowiadałby funkcjonalnie temu, do czego przyzwyczaili się użytkownicy pecetów od Windows 95 w górę. Na tym samym przejechał się nawet Microsoft wprowadzając kafelki, które są świetne na tabletach, ale bezsensowne na stacjach roboczych. Canonical moim zdaniem zrobił ten sam błąd z Unity. Gdyby nadal było wsparcie do Ubuntu 10.04 LTS, korzystałbym z niego bez wahania.
Być może właśnie stąd bierze się popularność Minta, który ma normalne menu startowe i łatwe przełączanie między aplikacjami w klasycznym stylu.

Błąd wewnętrzny Ubuntu
Dystrybucja ta ma mnóstwo drobnych błędów i niedoróbek, ale jednym z bardziej dokuczliwych jest ciągłe zgłaszanie, że „wystąpił błąd wewnętrzny Ubuntu”. Niekiedy komunikat ten pojawia się zaraz po starcie systemu, co sprawia wrażenie, że jest to totalna beta, a nie sensowne oprogramowanie. Po dokładniejszym przyjrzeniu się komunikatom wyszło, że winny był dodany aplecik od prognozy pogody, który nie potrafił pokazać ujemnej temperatury. A u nas akurat była tęga zima. Błąd programisty w mało istotnym pakiecie, ale rzutujący na wizerunek dystrybucji. Wyłączenie apporta i wyrzucenie apletu pomogło. Takich drobiazgów jest niestety dużo.

Ikonki od nieistniejących zasobów
Regularnie korzystam z zasobów łączonych przez sieć za pomocą protokołu CIFS. Za każdym razem po zamontowaniu zasobu (w języku Windows – „po połączeniu dysku sieciowego”) na pulpicie powstaje ikonka, która służy do otwarcia zasobu w przeglądarce plików. Pozostaje ona na miejscu nawet wtedy, gdy zasób ten nie jest już dostępny. Oczywiście można go odmontować (prawoklik – Odmontuj) i wtedy ikonka zniknie. Nadal jest to jednak niedoróbka.

Gdzie te ramki od okien?
Ubuntu, jak wiele dystrybucji Linuksa, umożliwia wybranie menedżera okien (programu, który odpowiada za obsługę okien aplikacji) oraz dekoratora okien (programu, który rysuje przyciski, obramowania, cienie, niekiedy całkiem fantazyjne kompozycje). Osobiście używam do tego celu duet programów compiz + emerald, przy czym główną zaletą compiza nie są „bajery” (chociaż animacje też robią wrażenie) ale możliwość ustawienia reguł pojawiania się różnych okien we właściwym miejscu (reguły umieszczania okien). Dzięki temu okno komunikatora i niektóre okna podręczne pojawiają się zawsze w tym samym miejscu, na tym samym monitorze i są w odpowiedni sposób umieszczone pod lub nad bieżącym oknem (zależnie od potrzeb). Jest to potrzebne po to, by na przykład okno komunikatora nie pojawiło się na projektorze w trakcie wyświetlania prezentacji na żywo. Niestety w 12.04 LTS compiz jest niestabilny i co pewien czas nie odrysowuje obramowania okien, a czasami potrafi się całkiem zawiesić. Pomaga restart menedżera okien (na szczęście nie trzeba się nawet wylogować, wystarczy kliknąć ikonkę od compiza i wybrać Reload Window Manager, aplikacje pracują cały czas bez zmian). Tylko dlaczego ten program (pojawił się dawno temu, już Ubuntu 6.06LTS używałem jego klon o nazwie Beryl) nadal ma tyle błędów?
Domyślny menedżer okien (metacity w Gnome, marco w Mate) też ma błędy i czasami się wysypuje.

Karty graficzne i czarny ekran
Posiadacze starszych komputerów całkiem słusznie spoglądają w stronę Linuksa, gdyż ich maszyny niekoniecznie nadają się do działania w najnowszych wydaniach Windows. Problem polega na tym, że najnowsze sterowniki wydane przez Nvidię fatalnie obsługują starsze karty i pojawia się przy tym mnóstwo błędów. Bywa, że kończy się to czarnym ekranem i koniecznością dość skomplikowanych napraw. Przypomina to z grubsza usuwanie wadliwych sterowników w Windows XP, włącznie z wywalaniem wpisów z rejestru. Problemy ze sterownikami zdarzają się w każdym systemie ale Ubuntu ma to rozwiązane źle, gdyż nie posiada automatycznego rezerwowego trybu graficznego. Gdy nie potrafi odpalić środowiska graficznego, nie ma żadnej samoczynnie i niezawodnie uruchamianej konfiguracji zapasowej choćby z małą rozdzielczością i prostym środowiskiem.
Z kolei stabilność niektórych sterowników pozostawia wiele do życzenia i użytkownicy aplikacji do montażu wideo (na przykład kdenlive) to zauważają. Zdarzały się nawet takie wpadki jak wyświetlanie w negatywie obrazu wideo na niektórych kartach Intela. Są to jednak rzadkie przypadki. Na szczęście.

Silverlight – problem nie istnieje
Bo tej platformy nie ma dla Linuksa. Nie ma i nie będzie. Tak naprawdę jedynym powodem, dla którego mógłbym z tego dodatku skorzystać, jest oglądanie transmisji internetowych TVP. Nie jestem jednak miłośnikiem teleturniejów i oglądam w zasadzie tylko wybrane angielskojęzyczne kanały, TVP dla mnie nie istnieje. Netflix również.
Wymaganie użycia Silverlighta do transmisji internetowych to problem, którego nie da się sensownie rozwiązać. Nawet Microsoft zaprzestaje już rozwijania tej ślepej technologicznej uliczki – z perspektywy czasu okazało się to równie złe, jak dawniejszy ActiveX (kto ma biznesowe aplikacje tylko dla Internet Explorera 6.0 z konkretną wersją biblioteki, ten ma dziś bardzo poważny problem). Żadnej z tych technologii nie ma w Linuksie i z tym trzeba się liczyć. Jest tylko projekt Pipelight.

Mimo tych niedoróbek uważam, że Linux nadaje się na stację roboczą. Trzeba jednak pamiętać, że jest to zupełnie inny system niż Windows. Ta „inność” przekłada się nie tylko na inne oprogramowanie, ale także na inne problemy oraz… braki problemów. Na przykład masowe ataki z użyciem złośliwego oprogramowania, które są prawdziwą plagą w monokulturze Windows od dekady, w Linuksach praktycznie nigdy nie występowały i nadal (jeszcze) nie istnieją. W zamian za to pojawiają się problemy z kompatybilnością niektórych programów lub sprzętu, a przy niektórych zastosowaniach (słynny przykład CAD/CAE/CAM) stacja robocza z Linuksem nie ma sensu.

Kolejnym systemem na moim laptopie nie będzie już jednak Ubuntu. Będzie to inna dystrybucja Linuksa plus jak zwykle Windows w wirtualce.

Na koniec mały bonus – jak zrobić ekran śmierci w Ubuntu 12.04 LTS?
Na laptopie ze złączem ExpressCard jest to bardzo proste. Trzeba włożyć kartę ExpressCard obsługującą Firewire, odczekać sekundę i wyjąć. Nowy stos Firewire zawiera bardzo poważny błąd, a stary stos rodem z Ubuntu 10.04 z jądrem z rodziny 2.6 wcale nie jest wiele lepszy.