Pracujesz często poza biurem. Wyobraź sobie takie środowisko, w którym możesz przerwać pracę, zapisać wszystkie dokumenty, a potem pracować dalej w domu, w samolocie, gdziekolwiek chcesz. Wszystko wygląda tak samo, jakbyś był połączony z siecią. Gdy przychodzisz do biura lub łączysz się przez VPN, wszystko jest tak, jak być powinno. Z kolei tego samego dnia wieczorem chciałbyś poszperać po Internecie – ba, chciałbyś nawet zagrać w jakąś grę. Wyobraź sobie, że można to zrobić w sposób bezpieczny, bez naruszania firmowej instalacji Windows, do której i tak nie masz żadnych uprawnień. Gdyby naszła Cię ochota dopisania czegoś w firmowym dokumencie, możesz to zrobić bez restartu, bez pobierania plików, bez przesyłania pocztą do niepewnej maszyny domowej. Możesz odpalić edytor tekstu i nawet przekleić coś do niego. Bez restartu i pendrive’ów. Bez wychodzenia z „Twojego” domowego Windows, w którym nawet nie musisz mieć Office’a. A gdyby jakiś złodziej ukradł Ci laptopa, wszystkie dane firmowe można zablokować, zresztą i tak jest to szyfrowane a po pięciu dniach bez połączenia, samo się blokuje. Mało tego, gdybyś chciał spróbować Ubuntu (słyszałem coś o tym, i Ty również), to też działa i nie narusza instalacji Windows. Może nawet działać w tym samym czasie. Wiem, nie jest wspierane, ale działa. Bajki opowiadam, prawda?
Wszystko OK, ale to nie jest bajka – wczoraj widziałem takie rozwiązanie w praktyce na konferencji Synergy 2010 w Berlinie, opiszę je w najbliższym numerze tygodnika Computerworld.
Dział IT nie powinien opowiadać bajek, że tego nie da się zrobić. To tylko kwestia sensownie dobranych narzędzi.