Archiwum Styczeń 2010

Oracle ma już prawie wszystko

Gdyby tak podsumować co w tej chwili ma Oracle, po przejęciu firmy Sun, powstałaby długa lista. I tak nie są to wszystkie produkty…

  1. Korporacyjną bazę danych, będącą niekwestionowanym liderem rynku.
  2. System ERP wraz z dodatkowymi narzędziami, mnóstwo aplikacji biznesowych.
  3. DWA ważne biznesowe systemy operacyjne, w tym :
    jeden o unikalnych właściwościach skalowalności, wydajności i bezpieczeństwa (Solaris) oraz
    drugi będący standardem dla baz danych w klasie średniej (własna komercyjna dystrybucja Linuksa w pełni zgodna z Red Hat Enterprise Linux plus wsparcie dla RHEL, lidera korporacyjnych dystrybucji).
  4. Kompletne środowisko aplikacyjne pracujące w tych systemach.
  5. Język programowania Java oraz narzędzia deweloperskie do niego (i do paru innych technologii też), co ma swoje  ważne konsekwencje biznesowe.
  6. Lekką bazę danych w technologii open source (lider rynku w hostingu klasy średniej, MySQL) oraz własnościowe rozwiązanie dodające do niej pełną obsługę transakcji.
  7. Pakiet biurowy, który w sektorze MSP z powodzeniem może konkurować z Microsoft Office.
  8. Środowisko open source skupione wokół projektów MySQL, Open Office, Open Solaris oraz Java.
  9. Narzędzia do zdalnych połączeń (Sun Secure Goobal Desktop, dawniej Tarantella).
  10. Gotowe rozwiązania terminalowe o bardzo dobrze dopracowanej strategii wdrożenia i niskim zużyciu energii (Sun Ray).
  11. Własne procesory SPARC i całe linie gotowych do użycia serwerów: od entry level po high enterprise. Gotowe i niezawodnie działające konfiguracje klastrowe oraz własna wirtualizacja w Solarisie.
  12. Urządzenia storage, a nawet sieciowe.

Czy w tej chwili można wybudować firmę w całości na oprogramowaniu firmy Oracle, używając przy tym większości sprzętu z tej samej stajni? Zdecydowanie tak.
Moim zdaniem chłopaki z Oracle’a mają już prawie wszystko. Teraz czeka ich tylko przygotowanie własnej desktopowej dystrybucji Linuksa, dopracowanie Solarisa na stacje robocze bądź użycie terminali Ray. Gdy to się uda, wystarczy obliczyć koordynaty w USA i oddać tam salwę. I nie będzie to kapiszon. Od tej salwy zadrżą na pewno szyby w oknach w HP (która to firma właśnie z Oraclem robiła pierwszą Database Machine), w IBM (wiadomo dlaczego, dodajcie jeszcze fakt, że Big Blue zamierza zabiegać o klientów Suna) i w Microsofcie, zwaszcza w części do spraw technologii korporacyjnych.
Czego jeszcze może brakować Oracle? Mistrzowskiego marketingu. Przynajmniej na razie.

Bankowcy na straży

Byłem na konferencji Semafor i miałem okazję porozmawiać w kuluarach ze specjalistami do spraw bezpieczeństwa, którzy pracują jako informatycy w różnych instytucjach, w tym w bankach. Nie zdziwiło mnie, że ci ludzie wiedzieli co to jest Zeus (najpopularniejszy pakiet złośliwego oprogramowania, przeznaczony do infekcji komputerów z Windows i kradzieży danych uwierzytelnienia do bankowości online).  Nie zdziwiło mnie też, że wiedzieli o projekcie badania takiego złośliwca i znali statystyki (m.in. te, podawane przez Uri Rivnera na konferencji RSA w Londynie). Wiedzieli o pracach firmy Trend Micro nad analizą linków wiodących do serwerów rozdających Zeusa „gratis” i o metodach analizy tego malware’u.
Moje zdziwienie wywołał natomiast stan aktualności ich wiedzy – stuprocentowo na czasie. A przecież nie jest to ich główne zajęcie, aktualizację robili z własnej woli, ciekawości i potrzeb. By wiedzieć, czego się można spodziewać na komputerach klientów.

Brawo informatycy z banków!

Są też złe wieści. Od kilkunastu osób usłyszałem nieoficjalną informację, że w Polsce jest powszechnie wykorzystywana platforma bankowości internetowej wyprodukowana przez jedną, konkretną firmę. I niestety oprogramowanie to ma  wiele błędów, które nadają się do eksploitowania.

Gdyby twórcy malware’u poznali dokładnie jak ona działa (na przykład delegując pracownika, który tam by się zatrudnił, robiąc krecią robotę), prawdopodobnie dość szybko powstałby jeden megatrojan kierowany przeciw tym bankom, które korzystają z tej platformy webowej. Na razie jeszcze niczego takiego nie zauważono. Ponadto Polska jeszcze jest rzadko atakowana, w konfiguracji Zeusa przeważają amerykańskie i angielskie banki. Na razie…

Poza tym konferencja była bardzo ciekawa, zdobyta tam wiedza na pewno się przyda i nie omieszkam się z Państwem ją podzielić na łamach tygodnika.

iPhone – defective by design

Jest to zdanie subiektywne i nie trafiają do mnie żadne próby przekonania mnie przez fanboyów Apple. Miałem iPhone’a przez pewien krótki czas, bez żalu z niego zrezygnowałem na rzecz starszego telefonu klasy smartphone. Mimo ładnego interfejsu i przemyślanych opcji oraz dobrze działającej przeglądarki.
Pierwszym minusem iPhone’a są złe założenia konstrukcji mechanicznej: wrażliwy na uszkodzenie ekran dotykowy, którego nie da się obsługiwać w rękawiczkach ani na mrozie, brak przycisków do odbierania połączenia i jego kończenia oraz ogólna badziewność plastiku. Brak przycisków jest najgorszą wadą, bo NIE DA się odebrać w normalny sposób dzwoniącego iPhone’a na mrozie w rękawiczkach. Próbowałem. Widok ajfoniarzy liżących ekran na mrozie jest bezcenny.

W iPhonie brakowało mi:

  1. Wyłączenia wątkowania wiadomości, by móc usunąć pojedyncze SMSy z całej historii. Albo zostawić tylko jeden, konkretny, ze środka. Nie da się. Nie było nawet opcji kopiuj-wklej by przekleić treść, podobno wreszcie jest.
  2. Klienta korporacyjnej poczty BlackBerry. Kto używa, ten wie dlaczego.
  3. Inteligentnej synchronizacji kalendarza z Lotusem, nie tylko Exchange. Podobno miało to działać, ale nie widziałem nigdzie u nikogo w praktyce.
  4. Kart pamięci, na których mógłbym przechować dokumenty czy muzykę. Tej opcji raczej nie będzie, bo uniezależniałaby użytkownika od iTunes i milicji Apple, kontrolującej oprogramowanie.
  5. Możliwości połączenia jako dysk wymienny USB z dostępem do pamięci na dane (na standardowych sterownikach klasy usbstor w systemach Windows i Linux, by móc przesłać dowolne pliki) oraz wysłania plików przez interfejs bluetooth.
  6. Użycia telefonu jako modemu do laptopa (podobno teraz to działa).
  7. Wymiennej baterii. Kto wyjeżdżał gdziekolwiek w teren (na przykład pod namiot), ten docenia normalny telefon z wymiennymi akumulatorami.
  8. Obsługi dwóch APN, co umożliwiłoby bezpieczne połączenie do korporacyjnej sieci.
  9. Javy.
  10. Narzędzi do blokowania niechcianych wiadomości SMS (Nokia: SMS Spam Manager).
  11. Automatycznego odrzucania przychodzących połączeń i odsyłania do nadawcy predefiniowanej wiadomości SMS zależnej od grupy numerów (Nokia: Call Manager).
  12. Obsługi komunikatorów Gadu-Gadu ORAZ Tlen.pl (mobiDesk, tlen.mobile; oba napisane w Javie, patrz punkt 9).
  13. Szybkiej klawiatury telefonicznej z dobrze działającym słownikiem T9 oraz narzędzi do wysyłania wiadomości SMS bez polskich znaków (Nokia: NaSMS). Klawiaturka ekranowa mi zupełnie nie podpasowała. Już rysik w PDA był dla mnie wygodniejszy.
  14. Zarządzania odbieraniem MMS w roamingu (by nie płacić za transfer danych za granicą, podobno wreszcie to działa).
  15. Narzędzi do zdalnego wyczyszczenia zawartości w razie zagubienia (podobno już jest).
  16. Aplikacje nie mogą działać w tle (z nielicznymi wyjątkami), czyli nie mogę jednocześnie nagrywać rozmowy z kimś i szybko przeliczyć coś w arkuszu kalkulacyjnym podczas rozmowy. W Nokii 9300 czy MDA/XDA – bez problemu.
  17. Brak adblocka w przeglądarce Safari. Wada ta mi za bardzo nie dokuczała, bo rzadko korzystałem z dostępu do Internetu w telefonie. Ale gdybym miał korzystać z przeglądarki codziennie, nie wyobrażam sobie surfowania po necie bez tego niezbędnego dodatku.
  18. Poszanowania prywatności. Telefon iPhone wysyła do producenta (przy każdym uruchomieniu!) informacje o zainstalowanym oprogramowaniu, przy czym Apple może zablokować dowolny program, który zainstalowałem. A jak ja tego nie chcę? To mam nie używać iPhone’a? Właśnie tak!

Do powyższego dodajcie simlock operatora w niemal wszystkich iPhone’ach dostępnych razem z pakietem internetowym. Zamiast płacić krocie za roaming, warto użyć specjalnych kart roamingowych lub prepaida lokalnego operatora (np. O2 Your Country z Wielkiej Brytanii). Masz simlocka – płacisz więcej, bo takiej karty nie użyjesz. Dodatkowo może czekać niespodzianka w postaci rachunku za GPRS w roamingu. Oczywiście stara Nokia w kieszeni z taką kartą załatwia sprawę, ale wtedy i tak warto wyłączyć iPhone’a, by nie mieć przykrej niespodzianki przy rachunku. To po co go w ogóle brać za granice?

Oczywiście część z tych wad można usunąć lub zmniejszyć ich dokuczliwość dzięki instalacji dodatkowych programów z Cydii rodem, ale po pierwsze jest to łamanie licencji oprogramowania iPhone’a i powoduje utratę gwarancji (co w przypadku tego delikatnego wynalazku jest bardzo ważne), po drugie jest to półśrodek, który obchodzi problem a przy okazji wprowadza nowe kłopoty (niższe bezpieczeństwo przenośnego komputera, który cały czas jest połączony z Internetem, czyli narażony na atak).

Dyscyplina specjalna – telefon.
Gdy porówna się czułość iPhone’a z Nokią (6210, 6310i, 6260, N90, 9300 Communicator, 6500), BlackBerry (8520, Bold) czy muzealnymi zabytkami GSM (Motorola CD160, Motorola StarTAC, Alcatel HB200) widać wyraźnie, że zabawka firmy Apple nie ma nic wspólnego z porządnym telefonem. Z Nokii 6310i lub 9300 dało się zadzwonić w tych miejscach, gdzie iPhone nie pokazywał w ogóle żadnej sieci lub każda próba połączenia kończyła się niepowodzeniem mimo w miarę silnego sygnału. iPhone nie służy do dzwonienia, jest jedynie multimedialną zabawką, która od czasu do czasu może posłużyć jako telefon.

A czy wiecie, że są telefony podobne do iPhone’a z wyglądu i pozbawione niektórych z tych wad? Na przykład od razu obsługują dwie karty SIM i karty pamięci czy usbstor, nigdy nie miały simlocka, mają Javę, nieco podobny interfejs, wymienną baterię (w komplecie są dwie)… i tak dalej. Niektóre mają nawet wbudowany odbiornik analogowej telewizji. Są to chińskie klony iPhone’a po 400 zł na Allegro. Mają za to inne wady.

Reasumując iPhone’a – ma świetnie wyglądający graficzny interfejs, dobrze dopracowane aplikacje, ale wszystko przekreśla kilka założeń w konstrukcji urządzenia oraz towarzyszącego mu ekosystemu.

100% defective by design

Gdyby bardzo subiektywnie porównać iPhone’a ze starym telefonem, mogłoby to wyglądać tak:

Grafika ze starych zasobów. Porównanie nie jest już aktualne, bo Apple w końcu poprawiło gniota, ale oddaje sens i problem tego zjawiska, jakim jest celowe ograniczanie funkcjonalności.

Flash dla iPhone’a?

Tak, prawdopodobnie będzie, ale nie jako wtyczka do Safari. Jak wiadomo, firma Apple mocno ogranicza dostęp do aplikacji, które można zainstalować na telefonie iPhone i wymaga przy tym korzystania z AppStore. Zamknięcie przenośnych produktów Apple (iPod touch, iPhone) dla aplikacji spoza AppStore jest jednym z najpoważniejszych wad tych urządzeń.

Wtyczka Flash jest oczekiwanym dodatkiem. Ponieważ bardzo ważnym źródłem przychodu Apple jest właśnie AppStore, firma ta walczy ze wszystkich sił z producentami niezależnych aplikacji, które naruszają ten monopol i rozwijają funkcjonalność telefonu poza „sklepu”. To samo dotyczy iTunes (tu wrogiem są portale z muzyką, takie jak radioblogclub lub choćby wrzuta.pl, do tego należy dodać filmy z Hulu.com). Wydanie wtyczki Flash dałoby dostęp do praktycznie dowolnej aplikacji napisanej w tej technologii – a to jest już ważna konkurencja dla AppStore. Po co kupować jakąś gierkę czy gadżet za ileś USD, gdyby można ją było obejrzeć za darmo z Internetu w technologii Flash? Wtedy taki program można napisać samemu przy użyciu narzędzi spoza monokultury Apple.

Tymczasem sama technologia jest prawie gotowa i mogłaby być bezproblemowo wprowadzona do tych telefonów. Firma Adobe przygotowała narzędzia Flash Authoring (jako składnik Flash Professional CS5), umożliwiające budowę aplikacji dla iPhone’a stworzonych z obiektów Flash. Nie oznacza to jednak, że w Safari natychmiast pojawi się obsługa obiektów SWF – na razie w ten sposób będzie można jedynie publikować aplikacje. Nowe narzędzie umożliwi skompilowanie samodzielnej aplikacji dla iPhone’a odtwarzającej ten obiekt, tak samo, jak Flash Projector w środowisku zwykłych komputerów. Tylko tyle, nic więcej. Jeśli wierzyć komentatorom, niektóre aplikacje z AppStore już są utworzone tą drogą, na przykład „Trading Stuff” i „Red Hood”.

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał obejść sztuczne ograniczenia wprowadzane przez Apple. Ze wszystkimi tego konsekwencjami związanymi także z zapomnieniem zmiany domyślnego hasła użytkownika root (jeśli dobrze pamiętam: alpine w starych i TIMBERLINE w nowszych iPhone’ach).
Dlatego zapamiętaj – jeśli uwalniasz Twojego iPhone’a z niewoli, by wreszcie mieć to oprogramowanie, którego tak bardzo Ci potrzeba, zmień hasło użytkownika root. Potem poszukaj na forach co jeszcze trzeba zrobić, by ten telefon był w miarę bezpieczny.

Oprócz łamania zabezpieczeń (słowo kluczowe: jailbreak), wymyślono całkiem sprytne rozwiązanie polegające na parsowaniu pliku SWF i zamiany go na osadzane obiekty SVG. Jest to projekt Gordon ). Nie wiadomo, jak sprawne będzie to narzędzie, ale pierwszy krok został zrobiony.

Mimo wszystko należy pamiętać, że wydanie prawdziwej wtyczki Flash (o ile w ogóle kiedykolwiek nastąpi) spowoduje wyświetlanie dokuczliwych reklam w Safari. Przeglądarka ta nie posiada oficjalnie dostępnego zaawansowanego filtru treści (takiego jak Adblock Plus w Firefoksie) i nieprędko pełnosprawny Adblock pojawi się w AppStore. Dodatek ten jest za to dostępny w Cydii, aby go zainstalować, trzeba złamać zabezpieczenia i odblokować telefon. Są też inne sposoby, niestety również wymagają ucieczki z więzienia.

Konieczność łamania zabezpieczeń do instalacji niezbędnego oprogramowania jest jednym z powodów, dla których nie chcę iPhone’a. O tym w następnym odcinku.

Nie używajcie Internet Explorera

Od czterech dni niemieckie MSW zaleca rezygnację z Internet Explorera, dzisiaj podobny komunikat wydały instytucje rządowe we Francji.
Nie dziwi mnie zatroskanie bezpieczeństwem obywateli, gdyż luka w Internet Explorerze jest poważna, jest atakowana co najmniej od dwóch tygodni we wszystkich wersjach IE na rynku, wliczając w pełni zaktualizowany system Windows 7 z IE8.
Microsoft w swoim zaleceniu uważa, że ataki wykorzystujące tę lukę są ograniczone co do skali i kierowane przeciw konkretnym celom. Tymczasem raporty z „zaprzyjaźnionych” korporacyjnych IPSów dowodzą czegoś innego – w tej chwili jest to jedna z powszechnie wykorzystywanych luk w bezpieczeństwie, bo:

  1. Przeglądarka nie została załatana,
  2. Minie sporo dni, nim ludzie ją zaktualizują po wydaniu łaty,
  3. Kod eksploita jest powszechnie znany i skuteczny.

IE był i JEST niebezpieczną przeglądarką. Nowe wersję są nieco lepsze, ale nadal wiele z luk umożliwia przejęcie kontroli nad komputerem (czytaj: włamanie bez konieczności „pomocy” ze strony użytkownika i zainstalowanie dowolnego oprogramowania tą drogą).
Dlatego ja też dołączam się do apelu i zalecam:
Nie używajcie Internet Explorera.

Oni zalecają, by nie używać do czasu załatania luki. Ja zalecam, by nie używać go w ogóle, jeśli nie jest to konieczne. Są przecież Opera i Chrome, jest niszowy K-meleon, jest bardzo popularny Firefox.
Statystyki Secunii wyglądają następująco:
Dla IE (stan na dzień 19 stycznia 2010 godzina 10:00, aktualne są tutaj)

Dla Firefoksa (stan na dzień 19 stycznia 2010 godzina 10:01, aktualne są tutaj)

Nie wolno ich jednak wykorzystywać do porównywania bezpieczeństwa obu produktów.

Moje prywatne spostrzeżenie dotyczące obu przeglądarek wskazuje na znacznie krótszy czas od zgłoszenia luki do aktualizacji Firefoksa – przeważnie jest on liczony w dniach. W przypadku IE czas ten jest liczony w tygodniach, a nawet miesiącach.
Nieprawdą jest stwierdzenie, że Firefox sam w sobie zapewni bezpieczeństwo. Jest to aplikacja, która także może zawierać błędy. Niemniej czas od zgłoszenia do aktualizacji jest bardzo krótki, społeczność open source podchodzi do tego bardzo poważnie. Po prostu ryzyko naruszenia bezpieczeństwa jest mniejsze. Można je dodatkowo zmniejszyć umiejętnie stosując dodatek NoScript. Wymaga to pewnej wiedzy i nawyków, ale przynosi wymierne efekty.

Firefox nie jest niszowy – w niektórych krajach Europy, takich jak Polska, jedna wersja Firefoksa miewa większą popularność niż wszystkie wydania Internet Explorera razem wzięte.

Nieprawdą jest zarzut, że Firefox nie nadaje się do korporacji – wszystko jest kwestią wiedzy i chęci działu IT. Firefoksem można centralnie zarządzać za pomocą Active Directory. Jak widać po blogach , admini są zainteresowani takimi rozwiązaniami, co dowodzi, że w korporacjach także zaczyna się odwrót od przestarzałego i niebezpiecznego dinozaura, który nie trzyma nawet własnych standardów, a co dopiero webowych.

Apele, dotyczące aktualizacji systemów są bardzo ważne, ale niewiele się zdadzą, gdy producent nie dostarcza łat. Ponadto ludzie nie biorą takich apeli na poważnie.
Może trzeba z nimi rozmawiać w ten sposób?

UWAGA ADMINI!

Konkurencja jest korzystnym zjawiskiem. Firma Microsoft doceniła powagę sprawy i postanowiła wydać łatę do IE poza zwykłym cyklem. Chwała im za to. Należy to czym prędzej załatać, nawet jeśli korzysta się z innej przeglądarki, gdyż biblioteki IE są używane w różnych programach. Na szczęście z różnymi opcjami bezpieczeństwa, ale ryzyko zawsze istnieje. Jest to bardzo pilna łata i radzę ją czym prędzej przetestować i zaaplikować, gdy tylko się pojawi. Nad zmianą przeglądarki z IE warto się zastanowić i tak.

Pożegnamy Centertela

Firma Orange wysłała wypowiedzenie umów do ostatnich abonentów analogowej sieci NMT450i zwanej popularnie analogowym Centertelem. W ten sposób zakończy się działanie pierwszej sieci komórkowej w Polsce. Sieć ta zaczynała działanie w tych czasach, gdy połączenia międzymiastowe często były „zamawiane” lub w ogóle nie dochodziły do skutku w godzinach szczytu. Telefony NMT były horrendalnie drogie (równowartość samochodu), rozmowy kosztowały sporo, przez pewien czas płaciło się także za połączenia przychodzące (kto dzwoni – Twój wróg). Jakość połączeń też nie była najlepsza, ale „analog” miał jedną zaletę – działał. Działał na każdej wsi, także tam, gdzie nie było telefonu nawet u sołtysa, sięgał daleko za Polskę. Sieć NMT450i nie posiada ograniczenia wielkości komórki, wynikającego z technologii transmisji danych. Jeśli tylko propagacja fal radiowych była dobra, czymś zupełnie normalnym były połączenia realizowane z okolic Bornholmu czy z przygranicznych regionów w naszych krajach sąsiedzkich. Pasmo UHF wykorzystywane w tej sieci jest doskonale znane krótkofalowcom, zatem pojawiły się anteny kierunkowe, nadmieńmy, że były produkowane w kraju przez amatorów, niekiedy były to bardzo złożone konstrukcje o dużym zysku. Przy „podniesionych warunkach” umożliwiały one prowadzenie łączności z dużej odległości od stacji bazowej.
Z Centertela NMT korzystali rybacy oraz rodziny mieszkające w przygranicznych strefach sąsiednich krajów (szczególnie na Ukrainie, Czechach czy Słowacji). Łączność z telefonu oddalonego na odległość rzędu 100km od stacji bazowej nie była niczym niezwykłym. Telefon taki szumiał i szczękał, ale działał. Za rozsądne pieniądze w porównaniu z roamingiem GSM i późniejszymi telefonami satelitarnymi.
Czym rybacy mogą zastąpić Centertela?
Obecnie najlepszą alternatywą wydaje się telefon satelitarny sieci Globalstar z taryfą Unlimited plan za około 35 euro miesięcznie, gdzie wliczone są wszystkie połączenia do krajów określonych jako Home Zone realizowane z obszaru tych krajów i wszystkie rozmowy przychodzące tamże. Na tej liście znajdują się między innymi Polska, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Dania, Szwecja, obszar Bałtyku i inne kraje. Niemniej koszt połączeń z Polski do takiej sieci jest bardzo wysoki, wadą jest też to, że urządzenie działa jedynie na otwartej przestrzeni lub blisko okna.
Gdy przygotowywałem artykuł na temat awarii zasilania w Szczecinie 8 kwietnia 2008r., rozmawiałem z moim kolegą po fachu, który korzystał właśnie z telefonu sieci Globalstar wypożyczonego od swojego znajomego żeglarza. W tym czasie sieci komórkowe w centrum Szczecina nie działały z powodu przeciążenia, stacjonarny telefon przenośny nie działał, bo w biurze nie było prądu. Telefon satelitarny był zasilany z akumulatora samochodowego i działał bez problemów.
Centertel NMT450i odchodzi do lamusa. Przyczyną jest zbyt wysoki koszt konserwacji sieci, brak części zamiennych do przestarzałych urządzeń operatora (sprzętu nie ma, nawet z demobilu) oraz zapotrzebowanie na częstotliwości dla usługi transmisji danych CDMA na terenie kraju. Ostatnie lata eksploatacji przynosiły problemy, awaria centrali spowodowała konieczność przenoszenia użytkowników, gdyż uszkodzenia nie udało się usunąć. Stacje bazowe są wyłączane, użytkownicy stacjonarni TPSA są przenoszeni do CDMA, można już odliczać dni do końca pracy sieci.
Telefony komórkowe NMT bardzo pomogły polskiemu biznesowi, nawet jeśli były w tym czasie horrendalnie drogie w zakupie i eksploatacji dla zwykłego użytkownika.
Według Internautów Gazeta Stołeczna nr 142 (17 czerwca 1992) drukowała taki cennik: telefon Nokia Cityman 450 – 1767 USD, dołączenie do sieci – 500 USD, abonament – 25 USD, krajowa rozmowa w szczycie 0,35 USD, w tej samej cenie połączenia przychodzące.
Początkowo bardzo popularne były trzy telefony:  Motorola Associate 2000, Nokia Talkman i Nokia Cityman. Oto jeden z nich:

Nokia Talkman
Nokia Talkman – w 1992r. kosztował 1433 dolary (zdjęcie ze strony użytkownika Bakx)

Zachował się też  cennik z roku 1994.
W okresie startu sieci GSM, cennik NMT był zbliżony do środkowych taryf sieci GSM (w okolicy taryfy Business w sieci Plus).
Gdyby porównać startowe ceny Centertela do tego, co można było kupić za te same pieniądze w tym czasie, gdyby próbować posiłkować się kursem kantorowym USD (ceny były wyrażane w USD) i możliwością nabywczą średniej krajowej wg kursu kantorowego, otrzymałoby się takie szacunki cen w dzisiejszych złotówkach: około 35 tys zł za telefon, abonament rzędu 500 zł (bez wliczonych rozmów), minuta połączenia w obie strony to prawie 10 zł. Być może nawet więcej, oszacowanie to jest bardzo trudne ze względu na szalejącą wtedy inflację.
Plusem Centerteli było to, że połączenia po prostu dochodziły do skutku a rozmowy na komertel były w tej samej cenie. Komertel… kto to jeszcze pamięta?

Tagi:

Rośnie w miarę potrzeb

Są organizacje, które bardzo szybko zwiększają zasoby IT, wykonując masowe, zaawansowane operacje. Gdy zadanie się kończy, równie szybko wracają do typowego rozmiaru infrastruktury IT. Taką organizacją jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Na co dzień jest to kilkanaście stacji roboczych (teraz już są to laptopy) i serwer oraz strona hostowana u operatora hostingowego. Gdy zbliża się finał, uruchamiana jest potężna machina obliczeniowa. W studio TV instalowane są całe rzędy terminali, w pomieszczeniu obok uruchamiany jest zestaw serwerów i macierzy, chroniony za pomocą profesjonalnych urządzeń, połączony ze światem przy pomocy dwóch niezależnych łącz. W serwisie Allegro wydziela się specjalne zasoby tylko na potrzeby zbiórki pieniędzy przez Fundację. Po zakończeniu finału, gdy transmisja TV się kończy, odbywa się sprzątanie, pakowanie i demontaż. Następnego dnia Fundacja jest już w typowym, niewielkim rozmiarze firmy z sektora MSP. W numerze 3-4 tygodnika Computerworld postaram się opisać fenomen tak dużych, sprawnych i szybkich zmian wielkości IT w firmie.

Andrzej Gałczyński, informatyk WOŚP
Na zdjęciu – Andrzej Gałczyński, informatyk WOŚP.

Chińskie magnesy

Jak podaje The Independent, chiński rząd podjął decyzję o ograniczeniu sprzedaży metali ziem rzadkich w postaci nieprzetworzonej. Na pierwszy rzut oka decyzja ta może spowodować odcięcie Zachodu od dostaw tanich materiałów i konieczność dostarczenia części nowoczesnej technologii Chinom. Metale ziem rzadkich, takie jak neodym, są niezbędne w wielu nowoczesnych urządzeniach od światłowodów do silników. Jeśli wierzyć ludziom komentującym portal Slashdot, w samochodzie Toyota Prius wykorzystuje się około 16 kg metali ziem rzadkich (głównie neodym w silnikach tego pojazdu). Magnesy neodymowe są wykorzystywane w dyskach twardych i głośnikach, zabawkach dla dzieci, a nawet w popularnych malutkich nakładkach magnetycznych służących do przypinania karteczek do drzwi lodówki. Problem polega na tym, że najważniejszym dostawcą tych magnesów (oraz samego metalu do ich wytworzenia) są właśnie Chiny. Stąd katastroficzne wizje załamania produkcji hi-tech w wielu dziedzinach.
Jak jest naprawdę? Neodym wcale nie jest tak rzadki, jak się powszechnie sądziło. To prawda, że Chiny, jako wielki kraj, mają duże złoża i sporo go pozyskują. Niemniej kopalnie tego metalu działały lub działają w USA, Brazylii, Kanadzie, Indiach, Sri Lance i Australii. Wydobywano go także w Europie, chociaż w niewielkich ilościach. Przeciętnie występuje w stężeniu ok 33-38 ppm wagowo; cer, itr, neodym i lantan są powszechniejsze od ołowiu.
Co może zatem wynikać z ograniczenia sprzedaży metali ziem rzadkich przez Chiny? To, że wzrośnie cena surowców i samych produktów. Wiadomo na pewno, że ograniczenie sprzedaży spowoduje pewne braki na rynku w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy. Czy problemy będą dokuczliwe? Nie sądzę. Chińczycy muszą coś produkować także w tej dziedzinie, chcą tylko wykorzystać pozyskiwanie oraz przetwarzanie surowców w swoim kraju.
Być może wiele firm dostarczy Chinom swoją technologię. Być może będzie się opłacać wznowienie lub zwiększenie wydobycia w innych krajach (Brazylia, USA, Kanada). Być może produkcja niektórych podzespołów zostanie przeniesiona z powrotem z Chin do któregoś z krajów europejskich czy amerykańskich. Co też się czasami dzieje, gdy jakość produkowanych w Chinach podzespołów nie spełnia akceptowalnego poziomu lub koszty transportu i dodatkowych kontroli są zbyt wysokie.
Według mnie problemem nie jest samo ograniczenie dostaw metali ziem rzadkich, ale ogólna pozycja Chin jako dostawcy podzespołów. O tym się stosunkowo mało mówi, a szkoda. Stąd ten FUD związany z neodymem, itrem czy lantanem.

Gdy rozmawiałem dzisiaj z ekspertem jednej z firm zajmujących się szeroko pojętą transmisją danych, dowiedziałem się, że urządzenia chińskiej firmy Huawei nie były brane pod uwagę przy ostatecznym projektowaniu wielu wdrożeń sieci GSM-R (przeznaczonej do kolejowej łączności resortowej w Europie). Ze względów bezpieczeństwa.

Na marginesie: O jakości chińskich towarów mówi się dość dużo. Zastanawiałem się, dlaczego podzespoły (ten sam element tego samego producenta) z etykietką Made in China psuły się prawie dwa razy częściej niż starsze, zrobione w Europie, na Filipinach, w Meksyku czy na Tajwanie. Identyczne sygnały otrzymywałem nieoficjalnie od Czytelników oraz uczestników konferencji podczas rozmów w kuluarach. Jak to jest naprawdę? To wiedzą najlepiej serwisanci.

Wracając do samego neodymu – bardzo silne magnesy neodymowe są w Polsce powszechnie wykorzystywane do fałszowania wskazań różnych liczników. Jest to jednak broń obosieczna i zakłady energetyczne oraz spółdzielnie mieszkaniowe mają już na to antidotum.

Francuska wpadka, niemiecki kłopot

Przez niedopatrzenie kontroli jakości we francuskiej firmie Gemalto, wielu klientów niemieckich banków miało przykrą niespodziankę – najpopularniejsze w Niemczech karty EC przestały działać na początku roku. Karta EC jest bezpłatną usługą wielu banków w tym bardzo popularnych Spaarkasse, służy do wypłat pieniędzy, transakcji bezgotówkowych oraz obsługi konta za pomocą bankomatu. Klient nie musi posiadać konta z obsługą przez Internet.
Felerne mikroprocesory Gemalto zostały wyprodukowane przez zaledwie jedną z linii, ale i tak około miliona kart działa źle. Oczywiście niemieccy informatycy szybko znaleźli obejście problemu i przeprogramowano bankomaty. Niemniej problem źle wykonanych francuskich mikroprocesorów pozostał i posiadacze takich kart będą mieć kłopoty przy wypłacie za granicą, także w Polsce.
Problemy roku 2010 były zapowiadane jeszcze przed rokiem 2000 (pamiętacie słynną „milenijną” ?). W przypadku kart mikroprocesorowych dotyczy to większych potrzeb związanych z buforem (od 1k do 4k). Gdy bufor jest niewystarczający (czytaj: producent oszczędził na karcie lub mikroprocesor jest uszkodzony), przeskoczenie w rok 2010 powoduje problemy. Prawdopodobnie banki czeka wymiana kart, być może część niemałych kosztów będą chciały przerzucić na francuskiego producenta, który dopuścił się takiego niedopatrzenia.
Dlaczego EC są takie ważne dla Niemców?
Bo są obciążone znacznie mniejszą prowizją sprzedawcy niż karty systemu Visa. Popularne w Polsce kredytowe Visy nadal są rzadkością u naszego zachodniego sąsiada.
Kredytową Visą, także wydaną przez polski bank, można zapłacić na niemieckiej stacji benzynowej, w hotelu czy restauracji, da się także kupić bilet lotniczy czy kolejowy. W mniejszym sklepie lub przy zakupie biletu komunikacji miejskiej, lepiej mieć EC niż Visę. To samo dotyczy sklepów MediaMarkt, gdzie nie da się zapłacić Visą – sprawdzałem w Monachium. Słyszałem od koleżanki (mieszka w Düsseldorfie), że zakupy za kilka tysięcy Euro w domach handlowych często robią Rosjanie. Obok kasy stoi bankomat i w razie potrzeby obsługa tłumaczy po rosyjsku sprawę prowizji, zachęcając do korzystania z bankomatu i zapłaty gotówką.
Wydaje się, że problem uszkodzonych kart nie dotyczy polskich banków, nic na ten temat nie słyszałem.

Ruszamy!

Odpoczywam, maszyna wisi na gałązce
Stary rok za nami, w świątecznym okresie udało się nieco odpocząć, naładować akumulatory. Teraz z pełną energią ruszam do pracy.

Ponieważ nie wszystkie materiały, przemyślenia oraz informacje nadają się do druku, nie każdy tekst pasuje do formy papierowej czy publikacji online, postanowiłem otworzyć blog technologiczny.
Czym się różni publikacja na blogu od tradycyjnej formy papierowej czy wersji online  na portalu www.computerworld.pl? Przede wszystkim mogę tutaj poruszyć zagadnienia związane z niszową technologią, mogę ująć temat znacznie szerzej, niż można to zrobić na łamach tygodnika Computerworld. Mogę poruszać sferę końcowego użytkownika technologii komputerowych, których także jestem konsumentem. Przecież wszystkie teksty powstają w pamięci komputera. Mogę także pisać o sprawach luźno związanych z komputerami, ale związanych z tym, co lubię.

Dzięki blogowi mogę mieć bliski kontakt z Czytelnikami, lepszy, niż w tradycyjnej formie, gdzie między myślą autora, działaniami redaktora i składu, jest jeszcze studio, drukarnia i dystrybucja. Zapraszam do bloga.

Marcin Marciniak, portret

Marcin Marciniak,
redaktor działu technologii tygodnika Computerworld.